Jako, że uwielbiam wszelakie różności z dodatkiem mięty, obojętnie czy jest ciasto, czekolada, musli czy zwykła herbatka zakupiłam w końcu miętę w wydaniu doniczkowym. Wypróbowałam już zblendowaną i wymieszaną z ciastem muffinkowym- pycha! :) Teraz czas na herbatę z własnych, zasuszonych liści. Kto pił, wie, że różnica w smak jest niesamowita :) Pamiętam kiedy ciocia mi po raz pierwszy taką zaparzyła, byłam w ciężkim szoku :D Dlatego nie czekając długo, jak tylko parapeciara mi wybujała na wszystkie strony, postanowiłam ją przyciąć, listki od łodyżek oddzielić i rozłożyć na kartce papieru do wysuszenia :) Wiem, że powinno się użyć raczej gazety ale osobiście nie pamiętam kiedy ostatnio miałam taką w ręku, dlatego zwykła biała kartka musiała wystarczyć- spisuje się na medal :) Mięta nabiera już kształtów i nie mogę się doczekać kiedy wypiję domowy, miętowy napar :)

Swoją drogą mrożona kawa z miętą również jest przepyszna, chociaż pogoda nie napaja optymizmem co do takowych, zimnych pyszności ;)
P.S. Tak z innej beczki- Gandalfowy po raz pierwszy widział
skaczące skorupki orzechów laskowych i był w ciężkim szoku :D
Zwłaszcza, że dziadka do orzechów na stanie nie mamy i w ruch poszedł
klucz do skręcania śrubek czy czegośtam- nie znam się- jako podstawka do orzecha
oraz zgniatacz do ząbków czosnku bokiem jako młotek :D- kawałki orzechów był wszędzie!
Po prostu wszędzie! Ale smak laskowych pierwszy w tym roku bezcenny :) A mina Mężczyzny Mojego
jak poznał mój pomysłowy patent, to już w ogóle :D Ostatecznie stwierdził, że tylko ja mogłam wpaść na taki pomysł :D
Cóż pomysłową kobietę ma u swego boku, atrakcje gwarantowane! :))